2 kwietnia 2013

'Amy. Moja córka' Mitch Winehouse

2 komentarze:
Dzień dobry!
Jak po świętach? :) Na dobry początek kwietnia nowa recenzja. Serdecznie zapraszam do czytania (i komentowania :)).


Opis wydawcy.

AUTOR CAŁY DOCHÓD PRZEKAZUJE NA RZECZ FUNDACJI AMY WINEHOUSE

Geniusz, źródło inspiracji, ikona – jest wiele słów, którymi można opisać Amy Winehouse, ale to jej humor, wdzięk i apetyt na życie sprawiły, że na zawsze zdobyła sobie miejsce w sercach fanów.

23 lipca 2011 roku rodzina i przyjaciele Amy oraz jej fani na całym świecie pogrążyli się w bólu na wieść, że ta niezwykła, utalentowana i wyjątkowo życzliwa dziewczyna odeszła na zawsze. Tłumy wiernych fanów straciły swoje bożyszcze, a zrozpaczona rodzina – ukochaną Amy.

W świecie muzyki niewielu mogło się z nią równać. Jej liryczne teksty i magnetyczny głos od razu wywindowały ją na sam szczyt, gdy w 2003 roku wydała debiutancki krążek pod tytułem Frank. W miarę jak jej gwiazda błyszczała coraz jaśniej, stawało się oczywiste, że ta dziewczyna z północnego Londynu to znacznie więcej niż młody talent.

Dziś po raz pierwszy jej ojciec i powiernik Mitch Winehouse dzieli się z nami opowieścią o swojej Amy – córce, którą uwielbiał od dnia narodzin, wielkiej gwieździe i borykającej się z problemami kobiecie. Osobistymi historiami i najbardziej intymnymi wspomnieniami tworzy portret – dziewczyny o wielkim sercu i magicznym głosie. Poznajemy Amy od czasów dziecięcych wygłupów, muzycznych fascynacji, marzeń o sławie oraz historii jej niesamowitej kariery, po najmroczniejsze chwile walki z uzależnieniem.

Dzięki połączeniu tego, co osobiste, prywatne i publiczne, jest to niezwykle szczera i wzruszająca podróż przez życie najbardziej utalentowanej artystki pokolenia – wyjątkowy pamiętnik autorstwa człowieka, który znał Amy najlepiej.

"MOIM NAJWIĘKSZYM MARZENIEM jest wielka sława. Marzę, by występować na scenie. To mój życiowy cel. Chcę, by ludzie, słysząc mój głos, mogli po prostu… zapomnieć choć na chwilę o swoich troskach.

Chcę przejść do historii jako aktorka i piosenkarka, zasłynąć wyprzedanymi do ostatniego biletu koncertami i przedstawieniami na West Endzie i Broadwayu."

12-letnia AMY WINEHOUSE
Podanie o przyjęcie do Szkoły Teatralnej Sylvii Young
 


Moja recenzja.
Słowem wstępu - jestem wielką fanką Amy. I to nie o to chodzi, że stałam się nią dopiero po śmierci Winehouse. Nie, historia jest dłuższa. Tak naprawdę, to chyba rodzinne - babcia, mama i siostra, to one przekazały mi uwielbienie do jej piosenek. Kiedy książka wyszła na rynek, chciałam po  nią sięgnąć, jednak (jak zawsze) coś mi w tym przeszkadzało. W końcu udało się! I jestem szalenie szczęśliwa z tego powodu. O samej fabule nie ma zbytnio co mówić, w końcu jest to książka biograficzna, więc opowiada życie Amy Winehouse. Pomimo że jakoś nie ciągnie mnie zbytnio do książek tego typu, tą czytało się bardzo szybko i łatwo. Historia z narkotykami i alkoholem, którą większość z nas zna z telewizji i gazet ma, jak się okazuje, drugie dno. Co mnie najbardziej zadziwiło? To, że Amy miała nagrać piosenkę do "007 Quantum of Solace". Kurcze, gdyby jej się to udało, byłby to zapewne niezły hicior. Mitch Winehouse, który jest ojcem Amy, był z nią najbardziej związany, więc jest chyba najlepszą osobą, która mogła opisać życie i problemy Wine. Jej małżeństwo z Blakiem, który wciągnął piosenkarkę na złą drogę, uzależnienie od narkotyków i alkoholu i wreszcie drogę na szczyt, a zarazem na dno. Pomimo że przecież wiedziałam jak to wszystko się skończy, w momentach kiedy Amy szła na odwyk, próbowała radzić sobie ze swoimi kłopotami i jej się to udawało, byłam szczęśliwa i trzymałam kciuki, żeby wszystko się dobrze potoczyło. Głupia nadzieja. Biografia jest właśnie tak napisana, że ktoś, kto nie zna końca tej historii, nie spodziewałby się raczej takiego zakończenia. Dopiero pod koniec można wyczuć w stylu pisania autora, że coś nie gra, ponieważ jego styl delikatnie się zmienia. 
Warto jeszcze dodać, że w książkę wplecione są prywatne zdjęcia Mitch'a i jego córki, z których widać, jaką naprawdę Amy była dziewczyną. 
Co jeszcze mogę powiedzieć? Książkę tą polecam wszystkim - i fanom Amy, dla których jest to lektura obowiązkowa, i osobom, które niezbyt lubią Winehouse. Naprawdę warto zapoznać się z jej życiem, ponieważ była bardzo dobrym człowiekiem, który w pewnym momencie zabłądził i miał problem w powrocie na właściwą drogę. 
Do powieści na pewno będę powracać, ponieważ ma ona w sobie to coś. A może to po prostu Amy przyciąga. Jej śmierć jest jedną z najsmutniejszych rzeczy, jakie mogły się przytrafić społeczeństwu muzycznemu, ponieważ ile wspaniałych płyt mogła jeszcze Winehouse nagrać. Pozostaje nam nic innego, tylko wspominać jej osobę, słuchając poprzednich krążków. O Amy nie da się zapomnieć. Pozostanie na zawsze w sercach ludzi, ponieważ sama pisała swoje piosenki, więc były one najprawdziwsze z najprawdziwszych. I za to kochamy Amy Winehouse.
"Kocham by żyć... i żyję, by kochać."


Za szansę z zapoznaniem się z historią Amy Winehouse, serdecznie dziękuję wydawnictwu SQN.

28 marca 2013

'Sugar Man'

3 komentarze:
Witam!
Ah, jakie mam zaległości! Przepraszam, że przez tyle czasu nie było żadnej recenzji, ale ostatnie dwa tygodnie, to był niezły (przepraszam za słowo) zapieprz. Tyle nam zadają w szkole, full sprawdzianów - testy się zbliżają. Z tego powodu, że od dzisiaj zaczęła mi się przerwa świąteczna, wybrałam się do kina. Recenzja poniżej. :) Najbliższa recka książki (mam nadzieję) jeszcze w tym tygodniu. A tymczasem - Wesołych Świąt!


Opis z filmweb.pl
Film opowiada niezwykłą historię muzyka Sixto Rodrigueza, któremu wróżono karierę większą niż Bobowi Dylanowi. Po pierwszej płycie piosenkarz zapadł się pod ziemię.

Moja recenzja
Wow. Taka była moja reakcja po zakończeniu filmu. I tyle starczy. Na "Sugar Man'a" wybrałam się za namową mamy, za co serdecznie jej dziękuję. Raczej nie chodzę do kin (ogólnie nie oglądam) filmów dokumentalnych, jednak ten zapowiadał się całkiem ciekawie. Sami spójrzcie na opis z filmweb'u - muzyk, który podobno jest lepszy niż Bob Dylan i nagle zapada się pod ziemię. Coś tu nie gra. I żeby się dowiedzieć co, trzeba wybrać się do kina. W trailerze 'powiedziane' jest, że krąży wiele pogłosek na temat śmierci Rodrigueza - w takim razie, dlaczego jest to "Najbardziej optymistyczny film, jaki kiedykolwiek widziałem" według QMag? No, prawdą jest, że nawet film z smutnym zakończeniem może być optymistyczny, ale proszę Was, kto uważa, że śmierć jest optymistyczna? Jednak kiedy wychodziłam z sali kinowej, totalnie się z tym zgodziłam. Co więcej - jest to jeden z najbardziej pozytywnych filmów, jakie kiedykolwiek widziałam (komedii nie liczymy, ok? ;)). Jestem oczarowana tym dokumentem, pokazuje życie człowieka, który miał szansę na wielką karierę, tylko z jakiegoś powodu to mu się nie udało. Dodatkowym plusem jest oczywiście muzyka - jest to ten rodzaj, w którym ja od dłuższego czasu jestem zakochana. Piosenki Sixto przypominają mi trochę stylem Amy Winehouse i Ed'a Sheeran'a (jedni z moich ulubionych wykonawców). Do tego gitara - mmm, dla mnie raj. ;) Szalenie polecam ten film wszystkim, ponieważ moim zdaniem jest warty obejrzenia. Naprawdę. I uprzedzam - w pewnym momencie byłam strasznie zaskoczona obrotem spraw, ale nic więcej nie zdradzę. :) Oscar jak najbardziej zasłużony.



I tu jeszcze piosenka Rodrigueza, która obecnie chyba piąty raz leci mi w głośnikach. :) 

Jeszcze raz - Wesołych Świąt i wesołego jajka. ;)



PS Zapomniałam prawie! Dziękuję, dziękuję za ponad 1000 wyświetleń! Dla mnie to bardzo dużo znaczy. :) Czasami jednak widzę, że wyświetleń na dzień jest (aż!) 30, a komentarza żadnego, więc... prosiłabym o komentowanie. To naprawdę motywuje. :)

18 marca 2013

'Słoneczniki' Halina Snopkiewicz

3 komentarze:
Witam :)
Na dobry początek tygodnia nowa recenzja. Tym razem książki dosyć 'starej'. Jeszcze z nowości - zawiązałam współpracę z wydawnictwem SQN ! :) Cieszmy się i radujmy razem. Dzisiaj zabieram się za pierwszą pozycją od nich, także wkrótce recenzja 'Amy. Moja córka'. 


Opis z lubimyczytac.pl 

Książka jest zapisem przeżyć młodej dziewczyny, w latach powojennych. Pamiętnik, bo taka jest forma, opisuje zdarzenia z lat 1948-1951. 

Powieści Haliny Snopkiewiczowej polecane są przez MEN jako lektura uzupełniająca dla klas VII i VIII szkół podstawowych oraz dla szkół ponadpodstawowych.


Moja recenzja.
Snopkiewicz jak i Siesicka są autorkami, z którymi zapoznałam się tak naprawdę dzięki mojej mamie. To ona przekazała mi ich powieści. 'Fotoplastykon' Siesickiej jest już dawno za mną, za 'Słoneczniki' jakoś nie mogłam się zabrać, coś zawsze mi przeszkadzało. W końcu za namową mojej przyjaciółki sięgnęłam po tą pozycję. Książka prowadzona jest w formie pamiętnika. Zdaje mi się, że powieści młodzieżowe 'z tamtych czasów' są prowadzone właśnie w taki sposób. Mi to odpowiada. ;) Obecnie mało jest książek, które są tak prosto napisane, a które zarazem trafiają do człowieka. Czasami wolę przeczytać taką właśnie starą powieść, niż zapoznać się z kolejną błahą historią o zakochanej dziewczynie i jej jakże cudownym chłopaku. O samych 'Słonecznikach' zbytnio nie wiem co powiedzieć. Jest to po prostu pamiętnik czternastolatki, która opisuje swoje przeżycia, przemyślenia, problemy itp itd.W trakcie czytania można zauważyć jak Lidia się zmienia. W końcu pierwszą datą zapisaną jest 13 grudnia 1948r., a ostatnią 4 lipca 1951r.  Książkę tą bardzo łatwo się czyta, jest napisana prostym językiem, a niektóre sytuacje w niej opisane są po prostu komiczne. Myślę, że każdy będzie mógł w tym pamiętniku znaleźć coś dla siebie, ponieważ są tam poruszane bardzo ważne kwestie, jak np wątpliwości dotyczące religii, które ze szczególnością zaczynają się wytwarzać w moim wieku. No cóż, taki to już niewdzięczny okres. ;)
Tak na sam koniec przytoczę fragment, który szczególnie mi się spodobał. "Kiedy skończyłam lat jedenaście, biskup podczas swych duszpasterskich wojaży zatrzymał się w miasteczku, w którym wtedy przebywałam z mamą. Szansę tę postanowiła wykorzystać podstępnie owieczka Lidia - Magdalena i zdobyć imię ubóstwianej gwiazdy filmowej - Marleny Dietrich. Ale biskup zamiast "Marlena" powiedział "Maria" (widocznie nie dosłyszał) i uderzył mnie w twarz. To się nazywa bierzmowanie."  Ubawiło mnie to, gdyż ja w tym roku przystępuję do bierzmowania i jeśli tak to ma wyglądać, to będzie ciekawie. ;) 


Pozdrawiam serdecznie i do napisania. 
Layout by Blacky